Kategorie

  • Brak kategorii

all in all

to był naprawdę interesujący i bardzo męczący tydzień, powodów jest wiele, chociaż właściwie wszystkie wynikają z jednego. w każdym razie w mijającym tygodniu miałam okazję po raz pierwszy w życiu:
- martwić się o kogoś jak jasna cholera
- denerwować się tak, że nie mogłam nic jeść
- dostać 3= z egzaminu :D
- usłyszeć od wykładowcy, że stać mnie na więcej [nie sądziłam, że ktoś na uczelni ma jakąś dobrą opinię o moich zdolnościach]
- dyskutować z toaletą po wypiciu stosunkowo niedużej ilości alkoholu
- usłyszeć na swój temat wiele miłych rzeczy :)

jeszcze dwa tygodnie inwentaryzowania Ziemi Lubuskiej i wakacje.

nadinterpretacja

oni wszyscy myślą, że mam czas.

friedhof cosel

wybrałam się dziś na
spacer i trafiłam w miejsce, którego nie planowałam
odwiedzać – w połowie drogi do Parku Zachodniego przypomniałam
sobie, że jest niedziela, a więc cmentarz żydowski na Lotniczej
powinien być dziś otwarty. był. przed bramą dwa samochody, ze
dwoje ludzi, za bramą niewiele więcej: może trzy osoby w wieku
emerytalnym, dwie panie koło czterdziestki, dwoje dzieci, wszyscy
luźno rozrzuceni przy paru nagrobkach. cmentarz, który
wygląda jak park.
zboczenie
historyczno-sztuczne nakazuje mi przybliżyć trochę podstawowych
faktów historycznych. cmentarz otwarto w 1902 w ówczesnej
wiosce Cosel [dziś Kozanów, osiedle Wro], postawiono tam
kaplicę cmentarną i dom pogrzebowy połączone krużgankiem, po I
wojnie powstał na środku obiektu pomnik poległych w tejże wojnie
Żydów, w latach 40-tych pochowano tam w zbiorowej mogile
ludzi poległych w obozach. w 1983 r. obiekt wpisano do rejestru
zabytków. cmentarz dalej pełni swoją funkcję, świadczy o
tym garstka nowszych grobów.
jak to teraz wygląda?
już napisałam – jak park, i to dość posępny. o ile przy
głównej alei groby stoją jeszcze w miarę prosto, to im
dalej, tym więcej chaosu. boczne sektory to praktycznie ruiny, z
części grobowców skuto to i owo, albo w ogóle
pozabierano jakieś większe fragmenty i pewnie można by je znaleźć
w jakichś ogródkach na skalniakach [takie rzeczy się
zdarzały, i to nie tylko z fragmentami nagrobków]. niektóre
groby w ogóle tak odkryte, że można sobie zajrzeć do
środka, chociaż pewnie poza kupą liści i śmieci niewiele by się
już tam ujrzało. kaplica wygląda oszałamiająco – z zewnątrz
wygląda na całkiem nieźle zachowaną, do środka wejść się nie
da sposobami legalnymi [wejście zabite], ale można przez okna, z
których jacyś z pewnością bardzo mili ludzie pozabierali
kolumienki [tzn. nie próbowałam tamtędy wchodzić, bo raczej
nie byłam przygotowana na ekstremalne zwiedzanie, a na dodatek
ewentualni świadkowie mogliby pomylić me badawcze kroki z aktem
wandalizmu, a pewnie trudno by było wytłumaczyć policji/straży
miejskiej, że nie chciałam nic ukraść, tylko pooglądać. ale kto
wie, może kiedyś]. na widok tej budowli przypomniałam sobie
legendę o golemie – w takim miejscu naprawdę można by w nią
uwierzyć. krużganek łączący kaplicę z domem pogrzebowym
aktualnie łączy kaplicę z krzakami, ale jest taki przecudowny,
kiedy przez jego arkady prześwieca słońce i w powietrzu fruwają
białe kłaki z topól.
cmentarz sprawia
wrażenie zaniedbanego, chociaż, jak wyczytałam, praktycznie co
roku odbywają się tam prace porządkowe. nie ma chyba jednak
żadnych prac konserwatorskich, ani w kwestii zabytków, ani
zieleni, a niestety samo uprzątnięcie gruzu i wycięcie krzaków
nie wystarcza. z drugiej strony mam wrażenie, że gdyby był to
modelowo wysprzątany i zadbany cmentarz, to nie robiłby żadnego
wrażenia na odwiedzających, a w każdym razie nie większe, niż
inne tego typu obiekty. ruiny mają w sobie jakiś urok, dowiedli
tego już projektanci angielskich parków krajobrazowych w
XVIII wieku, stawiając te ruiny od nowa, aby wolnomularze mieli
gdzie się przechadzać i rozmyślać o wolności jednostki i
samorozwoju, albowiem, jak powszechnie wiadomo, piękno natury
skłania człowieka do refleksji. piękno ruin skłania do
przygnębienia.

fear & loathing in wroclaw

pierwszy raz jestem gotowa uznać, że w Polsce faktycznie nie istnieją takie pory przejściowe, jak wiosna czy jesień. tydzień temu chadzałam na zajęcia w zimowej kurtce, bo padał śnieg. dzisiaj poszłam w letniej sukience i było mi za gorąco. WTF? jest kwiecień, na bogów, powinno być góra 12-15 stopni, a nie 22.
zmiana pogody zainspirowała mnie do poszukiwania w sklepach jakichś lżejszych ciuchów w jasnych kolorach, ponieważ połowa zawartości mojej szafy jest: szara, granatowa, turkusowa, fioletowa. co prawda nie przeszły mi nawet przez myśl rzeczy w beżach i pastelowych różach, ponieważ absolutnie nie pasują do mojego koloru skóry, ale nie miałabym nic przeciwko jasnoszarym, jasnoturkusowym i jasnofioletowym rzeczom. niestety, sytuacja w sklepach wygląda następująco:
a) nic nie ma
b) są same szmaty
c) jak już jest coś fajnego, to:
1. jest drogie
2. ma brzydki kolor
3. jest z tandetnej tkaniny
4. nie mieszczę się w to
punkt 4 oczywiście zachwyca mnie najbardziej, ponieważ znam moje wymiary i wiem, że ciuchy, które przymierzam, powinny na mnie pasować, a jednak tego nie robią, ergo – ten, kto je szył, był idiotą.
marzę o jakiejś sukience, takiej do noszenia na codzień, o długości do kolan, tymczasem w sklepach są albo sukienki mini, albo czarne, albo powyżej 120 zł. KOCHAM TO.
instytut zaplanował ludziom z mego roku dwa tygodnie wakacji w Szprotawie na początku lipca, jesteśmy wprost zachwyceni perspektywą chodzenia po wioskach, liczenia okien, domów, ołtarzy, ławek i pisaniem po nocach sprawozdań. z jednej strony uważam, że nie jest źle, istnieją o tysiąc razy gorsze miejsca niż Szprotawa, przekonałam się o tym brutalnie rok temu w maju, do dziś nie zapomnę: spaceru o 22 przez Kalwarię Zebrzydowską i podziwiania po ciemku atrakcji w stylu Domku Heroda z naszym ulubionym doktorantem; głodowania przez 7 dni; chodzenia do toalety co 7 godzin; zakazu picia alkoholu w Domu Pielgrzyma, w którym na trzeźwo nie dało się zasnąć; piżamy naszego ulubionego doktoranta; ogniska z dwóch świeczek; czekania godzinę na spóźnionych, zagubionych ludzi w ostatnim dniu objazdu. w perspektywie tego, cośmy przeszli, Szprotawa to pikuś, zresztą mam tam rodzinę, skoro oni tam żyją, to my też możemy.
przeszłam dziś całe osiedle w poszukiwaniu zająców z czekolady. najpierw Lidl: zając wysokości 40 cm za 3,99. odpada, za duży. Biedronka: zając wysokości 40 cm za 2,99. wolałam nie myśleć, z czego go zrobili, że tyle kosztował. Polo: żadnych zajęcy, co za bida. w końcu Leviatan: zając wys. 15 cm i trzy czekoladowe jajka za 3,20. rozsądna oferta. jak na razie to moje jedyne przygotowania do świąt. ciekawi mnie, dlaczego na Boże Narodzenie wszyscy szaleją z ozdobami, a na Wielkanoc to taki pic na wodę. zresztą – Święta spędzamy w tym roku w Wielkopolsce.

footwork

to samo, co zazwyczaj, irytacja z powodu studiów wciąż trwa, chociaż w ubiegłym tygodniu w okolicach środy osiągnęła apogeum, więc teraz to już nie jest wściekłość z powodu beznadziejnej organizacji czy niekompetencji niektórych ludzi, a raczej coraz większe olewanie tego i nastawienie, że wszystko mi jedno, co będzie, bo i tak muszę to przetrwać. zaczynam za to myśleć śmiertelnie poważnie o pewnych aspektach życia, co raczej nie poprawia mi humoru, bo niezbyt często wyobrażam sobie przyszłość w pastelowych kolorach, choć przyznam, że wciąż posiadam jakąś nadzieję, że w końcu wszystko się uda.

Wykładowca: I co, mieliście państwo jakieś myśli na temat kwestii poruszonych na ostatnich zajęciach?
Koleżanka: Tak, myśli samobójcze.

czekam aż się zrobi ciepło, chociaż przy pięciu stopniach +  już potrawię sobie wmówić, że wiosna i mogę nosić lżejsze ciuchy, dzięki czemu marznę i co drugi dzień wracam do domu z katarem/bólem gardła. nie potrafię dbać o swoje zdrowie, albo może po prostu mi się nie chce, bo podświadomie mam ochotę poleżeć w domu przez tydzień i nie myśleć o niczym, ale z drugiej strony wiem, że nie mogę, nawet gdybym miała 40 stopni gorączki to i tak mam przecież koszmarną ilość pierdół do zrobienia. koszmarnie jest być uwiązanym rzeczami, które nie mają dla człowieka większego znaczenia, a nawet jak mają, to z braku czasu robi się je na odwal się. zastanawiam się, czy ludzie, którzy mają średnią 5.0, mają jakieś życie osobiste? ja ledwo wyrabiam się na 4.0, życia osobistego prawie nie mam i nie starcza mi czasu na moje zainteresowania, a gdybym chciała jeszcze pracować, to co?

na przystankach zauważyłam plakaty do Powrotu do Brideshead, o ile dobrze pamiętam premiera miała być we wrześniu i byłam przekonana, że odbyła się, kiedy mnie nie było w tej czasoprzestrzeni, ale 20 marca to przecież niewielkie przesunięcie. przez jakiś czas bardzo chciałam to obejrzeć, ale komentarze i oceny mnie nieco odstraszyły. znaczy czytałam książkę i nie zaliczam jej do literatury która wpłynęła na moje życie/postępowanie i raczej nie była ona bardzo wciągająca, ale jednak miała pewien urok, głównie dlatego, że Anglia i dwudziestolecie międzywojenne. w sumie dość ciekawa, warto poczytać jak nie ma się nic innego do roboty, a jak ktoś lubi podteksty homo [w końcu bywają dziewczyny, które uwielbiają], to już w ogóle, ale jednak wydawało mi się, że ta książka nie jest o miłościach głównego bohatera, raczej o paru innych kwestiach, nieco bardziej uniwersalnych. natomiast po obejrzeniu zapowiedzi filmu zastanawiałam się, czy na pewno czytałam tę samą książkę, bo wedle owej zapowiedzi od początku główny bohater jest zakochany w siostrze drugiego głównego bohatera, zaś w pierwowzorze Waugha było baaaaardzo inaczej. w związku z tym film chyba jednak sobie odpuszczę, pewnie ekranizacja Granady z Ironsem w roli głównej i tak o wiele lepsza [widziałam jeden odcinek, przydługawy, ale klimat książki oddaje] i lepiej na nią poświęcić swój cenny czas. o ile się go ma.

it’s cold, mate, you let me in or what?

goes and goes

kolejna sesja: 3- [prosem], 3,5, 3,5 [średniowiecze pl egzamin + ćwiczenia], 4 [renesans ćwiczenia], 4 [łacina], 4,5 [fak], 5 [prosem], 5 [nauki pomocnicze], 5 [wf]. jak widać najlepsze oceny mam z rzeczy, które są najmniej ważne :D.

that’s pretty unexpected

zostałam zaproszona na urodziny przez ośmiolatkę.

następnym razem najpierw zastanowię się, zanim dam koleżance jakieś stare książki dla jej młodszej siostry ;)

neprave kupole

ok, studia są dziwne. 6 godzin w bibliotece spędzonych na czytaniu książek wydawanych między końcem XVIII a początkiem XX wieku w języku niemieckim, 30% z nich pisane gotykiem, i wszystko po to, żeby znaleźć jakąś wzmiankę o ołtarzu, który kiedyś stał w jednym z wrocławskich kościołów. przez 6 godzin znaleziono jedną wzmiankę. we wtorek muszę oddać pracę. w weekend biblioteki są nieczynne.
na referat wszystkie książki, jakie znalazłam, są po niemiecku lub czesku. oczywiście tłumaczenie czeskiego idzie mi o niebo lepiej, nawet jeżeli co drugie słowo muszę sprawdzić w słowniku, bo nie wpadłabym na to, że zapad to zachód. a wykładowca opowiada o rodzajach pleśni, jakie widział na książkach z pewnej biblioteki, i radził, żeby po przeglądaniu książek z XIX wieku myć rączki, bo można grzyba złapać. wspomniał także o schodzących w młodym wieku na raka konserwatorach papieru. na faku przekonuję się, że mimo podświadomego drobnomieszczańskiego respektu jaki czuję do szlachty, jednak bardziej jej nie znoszę, a ten respekt wynika właśnie z głęboko zakorzenionej niechęci i jednoczesnej zazdrości o to, że czyjaś rodzina w średniowieczu ufundowała jakiś ołtarz, a moja nie wiem co robiła 100 lat temu. na łacinie uwsteczniam się czytając teksty o tym, dlaczego mamy rok przestępny.

ok. dostałam 5 z nauk pomocniczych za czytanie gotyckich rękopisów. dopóki nie zaczęłam tych zajęć nawet nie sądziłam, że da się robić handschrifty w gotyku.

i myślę, że to będzie ostatnie 5 w tym semestrze.

it doesn’t snow here, it stays pretty green