Kategorie

  • Brak kategorii

paris is burning

Paris is always a good idea

mniej więcej to przyszło
mi do głowy, gdy koleżanka z roku – nazwijmy ją Smithy -
wspomniała koło maja, że jedzie do Paryża. rzuciłam tak dla
sportu, żeby zabrała mnie ze sobą. spytała, czy serio chcę
jechać. właściwie czemu nie? planowany wyjazd do Londynu zaczął
wtedy wchodzić już w fazę nie-do-zrealizowania z różnych
przyczyn, tak więc nie miałam żadnego pomysłu na wakacje. w
Paryżu co prawda już byłam kilka lat temu, ale w obliczu braku
innych perspektyw pojawił się jako kusząca propozycja. koleżance
powiedziałam, że chcę, ale jeszcze muszę się zastanowić i
zdecyduję za jakiś czas. za jakiś czas okazało się, że dwie
inne koleżanki z roku też wyraziły chęć wyjazdu i nagle zrobił
nam się z tego nieoficjalny wyjazd zabytkoznawczy, a wraz z
szaleństwem, które opętało nas z powodu egzaminu ze
średniowiecza, postanowiłyśmy, że koniecznie musimy obejrzeć
sobie Notre-Dame i Sainte-Chapelle. za chwilę okazało się też, że
jadą z nami jeszcze 3 inne osoby – nie znałam żadnej z nich, ale
Smithy i Rookie chodziły z nimi do klasy w liceum. klasy
dwujęzycznej – francusko-polskiej. ponieważ ja francuskiego ni w
ząb, perspektywa innych ludzi obeznanych w tym języku była
naprawdę miła.

o samym wyjeździe,
zaplanowanym na 5-15 września nie myślałam zbyt wiele jakoś do
połowy sierpnia, kiedy uznałam, że może jednak poczytam sobie
jakiś przewodnik. przeczytałam całego Globtrottera, był naprawdę
fajny – zero zdjęć, same informacje, często dość nietypowe.
kupiłam sobie też mapę z wydawnictwa o nazwie, która była
hitem wyjazdu – DAUNPOL. jaka nazwa, taka mapa – połowy ulic nie
można było znaleźć, a jak były na mapie, to nazwę umieścili w
takim miejscu, że jej odszukanie zajmowało dobrych parę minut.
sukcesem było, że ani razu się nie zgubiłyśmy [zazwyczaj ja
pilnowałam drogi], ale nasza druga grupka – z mapą tej firmy -
zgubiła się 2 razy.

miałam ambitny plan
spakować się w małą torbę. „mała” to określenie
bardzo względne, bo mam na myśli torbę, którą czasem
nosiłam ze sobą na zajęcia, i w tamtym kontekście była
gigantyczna, jednak jako torba podróżna nadaje się właściwie
tylko na wyjazdy weekendowe. ambitny plan w zasadzie się powiódł
- spakowałam do niej wszystko, czego potrzebowałam. problem w tym,
że odkryłam, iż jeżeli kupię w Paryżu COKOLWIEK to już nie
będę miała gdzie tego schować. czynnik ten sprawił, że
zdecydowałam się na moją typową, koszmarną, wyjazdową torbę.

wyjazd był o 22.
autokarem. w dobie tanich lini lotniczych szaleństwo i masakra, ale
pechowo się złożyło, że jedyny lot w tym terminie kosztowałby
nas jakieś 200 zł drożej, a za tyle można sobie jednak kupić
trochę fajnych rzeczy. droga upłynęła w nudzie, bólach i
cierpieniach, przy oglądaniu mniej lub bardziej debilnych filmów
- Różowa Pantera, Taxi 4 i coś o bardzo poplątanej fabule
z Jackiem Chanem w roli głównej. jedynym interesującym
momentem na trasie był przejazd przez Frankfurt nad Menem, bo tam
jeszcze nigdy nie byłam, tak to nuda, nuda, nuda. ach, zapomniałabym
o takich cudownych bonusach na trasie, jak przekraczanie granicy
polsko-niemieckiej.jesteśmy w strefie Schengen. fajnie. tylko co z
tego, jak w nocy polska kontrola przygraniczna zatrzymuje autobus i
koniecznie chce obejrzeć Twój dowód osobisty. pal
licho, jak tylko ogląda, ale najwyraźniej niektóre osoby tak
spodobały się kontrolerom, że koniecznie chcieli zapoznać się z
nimi bliżej, więc zabrali sobie ich dowody i poszli w cholerę na
dobre pół godziny, po czym wrócili, oddali i kazali
jechać dalej. długośmy sobie nie pojechali, bo po stronie
niemieckiej dokładnie to samo, tylko dodatkowy bonus w postaci tego,
że wszyscy mają wysiąść z autobusu. słowa, jakie cisnęły się
na usta wszystkich pasażerów, nie nadają się do
powtórzenia. nie wiem, co to właściwie miało być, jaki to
miało cel – spodziewali się, że przewozimy 40 rumuńskich dzieci,
pochowanych w bagażu podręcznym, czy może 10 ton kokaniny, które
zamaskowaliśmy w prowiancie?

przeżycia z podróży
nie zmienią jednak faktu, że koło godziny 16 [chyba] zajechaliśmy
na plac de la Concorde [ten z egipskim obeliskiem], gdzie opuściłysmy
ten lokal na kółkach i udałyśmy się do wynajętego
mieszkania dwojakim sposobem – czwórka pojechała metrem,
trójka [ja, Mal i Rookie] poszłyśmy pieszo, bo to w końcu
tylko trzy kilometry. Trzy kilometry trzema kilometrami, ale jako że
jestem jednym z ostatnich frajerów na świecie, którzy
jeszcze nie mają walizki/torby na kółkach, to musiałam
tachać moje klamoty przez 3 km w jednej ręce, mając na drugim
ramieniu torbę podręczną. odnalezienie mieszkania okazało się
pewnym problemem. wiedziałyśmy, że ma to być blisko Pompidou,
tyle że w gąszczu innych budynków trochę trudno było go
zauważyć gołym okiem, mapy nie chciało nam się wyciągać, a
znaki drogowe wskazywały trochę inną stronę, niż uznałyśmy za
słuszną. w końcu jednak dotarłyśmy – mieszkanie faktycznie było
blisko Centrum – jakieś 100 metrów od niego. na drugim
piętrze kamienicy, trzypokojowe, z maleńką kuchnią, łazienką i
- oczywiście – toaletą. dwa pokoje – malutkie – stanowiły
sypialnie, jeden duży sąsiadował z kuchnią i przedpokojem,
stanowił jednocześnie living room, sypialnię i jadalnię. tam
właściwie siedziałyśmy przez 90% czasu spędzanego w mieszkaniu.
podłoga wykładana klepkami trzeszczała przy byle ruchu, co w nocy
stanowiło dodatkową atrakcję przy chodzeniu do toalety w
ciemnościach [pierwszej nocy trafiłam na stolik z trzema
kieliszkami - nie wiem, jakim cudem tego nie przewróciłam].
mieszkanie wyposażone było w WiFi, telewizor i odtwarzacz dvd. były
nawet jakieś filmy – wszystkie, z wyjątkiem Rebeki [Hitchcocka], o
wojnie. w telewizji 6 kanałów, wszystkie po francusku.
pierwszego wieczora odwiedziłyśmy Notre-Dame [gdzie odkryłyśmy,
że papież przyjedzie w piątek], wypiłyśmy butelkę wina we trzy
i obejrzałyśmy jakiś teleturniej. nie mam zielonego pojęcia, o co
w nim chodziło. wyglądało to mniej więcej tak: był prowadzący i
hostessa. hostessa przyprowadzała do prowadzącego uczestnika.
pokazywali przez chwilę uczestnika, później jakąś osobę z
widowni. później uczestnik kręcił kołem z wypisanymi
kwotami, cośtam losował, cieszył się i szedł sobie. nasza
interpretacja – uczestnik losował, za ile będzie mógł pójść
do łóżka z osobą z widowni. kiedy wylosował kwotę z
gwiazdką/wykrzyknikiem [już nie pamiętam, co to był za symbol],
znaczyło to, że on i osoba z widowni będą poglądani w internecie
- musiał wtedy jeszcze obstawić, ile osób będzie ich
podglądało [pojawiały się cyferki na ekranie - 2,3,4 itp.].
najlepszy był pan uczesnik wyglądający jak jeden z naszych
wykładowców, wszedł na salę z wielgachnym bębnem, na
którym grał. wyglądało to idiotycznie. ufam, że przy
rozumieniu języka francuskiego miałoby to wszystko jakiś sens, ale
jakoś brak znajomości języka nie pozbawił nas rozrywki.

następnego dnia było
ciężko – pierwsza niedziela miesiąca, wszystkie muzea z kategorii
tych narodowych można zwiedzić za darmo. Luwr i Orsay od razu
skreśliłyśmy z listy na ten dzień, bo pchanie się tam nie
miałoby najmniejszego sensu, poszłyśmy więc do Musee Guimet
[sztuki azjatyckiej], jedyne 6 km od naszego mieszkania. podkreślam,
że poszłyśmy. uznałyśmy, że 20 euro za tygodniowy bilet na
metro wolimy przeznaczyć na inne rzeczy, więc przez cały wyjazd
chodziłyśmy pieszo [wyjątki - dojazd do Wersalu, na Montmartre i
do autokaru powrotnego].

Guimet było fajne.
zbiorów naprawdę dużo, na dodatek interesujące [ilość
rzadko kiedy przechodzi w jakość]. moje ulubione hinduskie golasy w
bardzo jednoznacznych pozach oczywiście też się znalazły.

 

po
zwiedzaniu wybrałyśmy się na przyjemny spacerek na drugą stronę
rzeki, czyli w stronę wieży Eiffela, po drodze mijając przejście
podziemne obok którego jakiś pan załatwiał swoje potrzeby
fizjologiczne, co utwierdziło mnie, że u nas jednak nie jest
najgorzej na świecie, przynajmniej nikt nie leje w centrum miasta w
południe. przy wieży jak zawsze tłumy, olałyśmy wjeżdżanie na
nią, bo: a) ja i Rookie już na niej byłyśmy; b) Mal się nie
chciało. przy Polach Marsowych głód zmorzył nas na tyle, że
usiadłyśmy na ławce i zjadłyśmy „obiad” w postaci
paczki Petitków, po czym poszłyśmy dalej, w stronę Les
Invalides, mijając jakiś piknik z tańcami bollywoodzkimi
odprawianymi na scenie. w końcu dotarłyśmy do Muzeum Rodina, czyli
jednego z niewielu rzeźbiarzy, którzy w ogóle mnie
obchodzą. Muzeum składa się z budynku i parku wokół, w
sumie park fajniejszy, w budynku stężenie rzeźby na metr
kwadratowy trochę za duże i niestety po paru salach odkrywasz, że
to jest cały czas to samo, tylko w trochę innych wariantach. kilka
rzeźb zawiodło, bo na zdjęciach wyglądały lepiej. tak się
złożyło że był to ostatni punkt do zwiedzenia na ten dzień,
więc wróciłyśmy do mieszkania w stanie ledwo żywym,
padając z głodu i zmęczenia. 12 km pieszo w pierwszy dzień.
hicior.

drugi dzień, wielki
dzień, najsłynniejsze muzeum świata. kupiłyśmy we Fnacu [taki
empik] czterodniowy bilet na zwiedzanie paryskich muzeów za 45
euro, dzięki czemu zaoszczędziłyśmy trochę kasy i nie musiałyśmy
stać w kolejkach do wejścia. sam Luwr… o bogowie. z jednej strony
- już tam kiedyś byłam. z drugiej – prawie nic z tego nie
pamiętam. zapomniałam, przykładowo, jakie to jest ogromne i ile
można tam zobaczyć. za dużo. nie da się zwiedzić całego Luwru w
jeden dzień. my obeszłyśmy tylko sale z malarstwem – zajęło nam
to 7 godzin. w połowie poszłyśmy na obiad w postaci kanapek,
nakarmiłyśmy też wróble i gołębie, bo jakieś wychudzone
tam mieli. miałyśmy ambitny plan, by tego samego dnia zwiedzić coś
jeszcze, ale nie dałyśmy rady, za to dałyśmy radę obalić 2
butelki wina. tego dnia jakimś strasznym trafem zapchała się nam
toaleta w mieszkaniu, co wyglądało naprawdę obrzydliwie i o
korzystaniu z niej nie było mowy. szczytowym momentem dnia było
moje i Mal wyjście-pod-wpływem w nocy w poszukiwaniu jakiejś
knajpy z toaletą. znalazłyśmy,
skorzystałyśmy i uciekłyśmy stamtąd niezauważone.

kolejny dzień, kolejne
muzeum, tym razem Sztuki Użytkowej. jedno skrzydło poświęcone
ciuchom – spora wystawa kiecek i biżuterii. drugie skrzydło -
meble. wiem, że to brzmi absurdalnie, ale meblarstwo potrafi być
interesujące. z kolei to skrzydło muzeum było przerażające,
pełno klatek schodowych i wind, które dojeżdżają albo
prowadzą tylko do któregoś piętra, nagle w połowie
zwiedzania odkrywasz, że pięter jest 9, a nie 4, a jedyna winda,
którą można dojechać na 9 piętro jest jak z koszmaru.
stoimy sobie przy niej, wciskam guziczek, a guziczek nagle i
niespodziewanie robi BIP. wchodzimy do windy, winda robi BIP. wciskam
guzik z piętrem, guzik robi BIP. dojeżdżamy do 9 piętra, winda
robi BIP. to nie brzmi jakoś przerażająco, ale któraś
godzina zwiedzania i głód robią swoje, człowiek nagle
odkrywa, że przeraża go pusty korytarz.

tego dnia na obiad
trafiłyśmy do japońskiej/chińskiej restauracji. powód -
jedyna knajpa w pobliżu, w której jedzenie było poniżej 10
euro za danie. wzięłyśmy jakąś zupkę, w nazwie miała Ramen [to
ten chiński makaron], była z jakimiś warzywkami i kawałkami
kurczaka. w smaku super, porcja ogromna – zjadłyśmy do połowy, bo
więcej nie dałyśmy rady. jedyny problem, to że trzeba było to
jeść pałeczkami, a jakoś nigdy w życiu nie przyszło mi do
głowy, żeby to opanować, dziewczyny zresztą miały to samo
podejście. niewiarygodne, jak bardzo może ucieszyć, że w końcu
udało się złapać ten cholerny makaron między dwa kawałki
drewna.

jeżeli dziś środa, to
jesteśmy w Wersalu.do Wersalu dojechać można kolejką podmiejską.
aby nią podróżować, należy udać się na stację i zakupić
bilet. część naszej siedmioosobowej grupy chciała do stacji
podjechać metrem, ale ja, Rookie i Mal wyraziłyśmy naszą opinię
o płaceniu 1,6 euro za to, żeby przejechać się metrem jakieś 1,5
km, więc w końcu poszłyśmy wszystkie pieszo. idąc sobie do stacji w pewnej chwili
przechodziłyśmy przez jakiś most [tam jest w cholerę mostów,
trudno powiedzieć, który to], coś odwróciło moją
uwagę i spojrzałam w lewo, aż tu SRU, jakiś stary i gruby facet
wlazł prosto na mnie. biorąc pod uwagę, że szedł dokładnie w
moim kierunku i patrzył na mnie chyba mógł wpaść na
pomysł, żeby mnie ominąć? ale nie, tam nikt nie omija ludzi
idących wprost na ciebie, po prostu włazisz na nich i sprawdzasz,
kto silniejszy. nie wiem czy to jakaś cecha narodowa Francuzów,
czy nowa strategia przetrwania w miejskim tłumie, ale przez 8 dni
tam zostałam potrącona przez przechodniów więcej razy niż
we Wro przez cały rok. najlepiej jest jak idziesz z wielgachną
torbą w ręce a ludzie nadchodzący z naprzeciwka i tak walą wprost
na ciebie, nie zważając na to, że mogą zostać silnie
kontuzjowani przez 20 kg bagażu.na stacji znalazłyśmy kasę i
posłałyśmy naszych tłumaczy przodem, żeby kupili bilety dla
wszystkich. przed nami w kolejce stała para amerykanów,
próbowali panu w okienku wytłumaczyć po angielsku że chcą
2 bilety do Wersalu, pan nie kumał. ja rozumiem, że
trzydziestoletni człowiek żyjący w stolicy europejskiego kraju,
który odwiedzają miliony turystów zagranicznych, ma
jakieś chore prawo nie znać angielskiego, ale żeby nie skumać, że
jak ktoś mówi Wersal i pokazuje 2 palce to chodzi mu o 2
bilety do Wersalu, to już trzeba być idiotą. nasze dziewczyny
kupowały bilety po francusku i pan też nie do końca kumał, więc
może naprawdę miał jakieś problemy natury intelektualnej.

droga do Wersalu była
długa i dość nudna, kolejka wlokła się jak pociąg z Wrocławia
do Jeleniej Góry [113 km, trzy i pół godziny jazdy].
Sam pałac olałyśmy [większość z nas już go kiedyś zwiedzała
i zrobił na nas średnie wrażenie], przeszłyśmy się po ogrodach
i udałyśmy do Petit Trianon, uroczego domku Marii Antoniny, gdzie,
między innymi, można obejrzeć wychodek, z którego
prawdopodobnie korzystała.

koło 15 wróciłyśmy do
mieszkania, trochę odpoczęłyśmy i wybrałyśmy się z Mal do
Pompidou. znalezienie wejścia zmusiło nas do obejścia całego
budynku – oczywiście wejście było z tej strony, z której
żeśmy przyszły, ale to rozwiązanie uznałyśmy za zbyt banalne i
szukałyśmy innego. od strony ulicy Centrum jest paskudne. naprawdę.
ogólnie raczej niewielu ludzi ten budynek się naprawdę
podoba, ja go całkiem lubię, ale od ulicy to jest koszmar i
przerażający syf, na dodatek spotkać można bonusy w postaci
śpiących bezdomnych. właściwie takie bonusy można spotkać chyba
w całym Paryżu, wystarczy odejść 100 metrów od Luwru w
dowolną stronę żeby w jakiejś bocznej ulicy zobaczyć życie
trochę bardziej prawdziwe od wystawy Marca Jacobsa.

muzeum – rewelacja. nigdy
nie interesowała mnie specjalnie sztuka nowoczesna, ale i tak miło
było obejrzeć te-wszystkie-rzeczy-o-których-czytałam-w-książkach,
dodatkowo po oglądaniu zakurzonych obrazów olejnych i mebli z
miękkim, pluszowym obiciem jakaś pokręcona instalacja była fajną
odmianą. poza tym Pompidou było jedynym muzeum, gdzie przy
eksponatach były podpisy po angielsku.

była fajna salka z
kompjuterami, można było sobie posłuchać sztuki audio i pooglądać
video art, jedno i drugie pokręcone jak korkociąg. z video artu
udało nam się obejrzeć film, na którym półnadzy
ludzie tarzali się w surowym mięsie [jakiś pan nawet wsadził
sobie kurczaka do gaci] oraz polski film o paintballu, na którym
przez jakieś 20 minut po prostu ludzie grali w paintballa. nie mam
pojęcia, jakie to miało walory artystyczne, ja nie znalazłam
żadnych. zwiedziłyśmy też muzealny sklepik – designerskie
futurystyczne meble na sprzedaż, yeah – i muzealną księgarnię…
dlaczego w naszych muzeach nie ma takich księgarni??? książki na
dowolny temat związany w
jakimkolwiek stopniu ze sztuką, od albumów z
malarstwem/fotografią/rzeźbą/designem przez modę do bajek dla
dzieci o Van Goghu i kolorowanek z malarstwem amerykańskim. na
dodatek mnóstwo książek przecenionych, tak że poniżej 10
euro można było znaleźć naprawdę fajne rzeczy. inna sprawa – na
naszej ulicy sklep z tanimi książkami, ceny takie jak u nas, a
wybór tysiąc razy większy, tam chyba WSZYSTKO można znaleźć
i na dodatek połowa publikacji w języku angielskim.

myśl o czwartku nas
przerażała, ponieważ przeznaczyłyśmy na niego zwiedzanie
ostatniego muzeum z naszej listy – Orsay. wcześniej udałyśmy się
do Sainte-Chapelle, specjalnie wyszłyśmy z mieszkania tak, by
dotrzeć tam około 9:30, bo wtedy otwierali, a z rana na pewno nie
będzie strasznej kolejki. faktycznie, przed nami było jakieś 10
osób, w porównaniu z tym, co widziałyśmy dzień
wcześniej mijając to miejsce, było naprawdę pusto. musiałam
zostawić przy wejściu scyzoryk, bo a nuż zachciałoby mi się
niezauważenie podźgać polichromię reliefowych kolumienek w
środku. Sainte-Chapelle jest naprawdę urocza, chociaż na zdjęciach
w książkach wyglądała bardziej dostojnie, może dlatego, że nie
zauważało się, że to jest wszystko takie na maksa kolorowe.

posiedziałyśmy tam chwilę i poszłyśmy do Muzeum Impresjonistów.
Muzeum jest naprawdę spore i możnaby je oglądać przed dobre parę
godzin, w związku z tym nie wiem jakim cudem udało nam się obejść
je w dwie godziny. okej, ominęłyśmy cały parter z rzeźbami i
część sal z jakimś akademizmem – skoczyłam tylko zobaczyć Panią
Z Dzbankiem [Ingres "Źródło"] i reszty już nam
się naprawdę nie chciało. zawiodłam się trochę tym, że sala z
Courbetem była w remoncie, w związku z tym do obejrzenia były
tylko dwa czy trzy jego obrazy, i nie było wśród nich
„Stworzenia Świata” [kto nie zna, niech obczai w
googlach]. ogólnie trafiło nam się fajnie, bo w muzeum
byłyśmy dość wcześnie, przez co nie było tłumów,
mogłyśmy np. Van Gogha obejrzeć w spokoju, a jak reszta dziewczyn
poszła tam dzień czy dwa wcześniej i po południu to właściwie
tłum przesłaniał im połowę płócien.

po Orsay skoczyłyśmy
jeszcze do ostatniego punktu zwiedzania – Oranżerii, czyli
mini-muzeum z „Nenufarami” Moneta i zbiorem innego
malarstwa w podziemiu. oczywiście
byłyśmy zmęczone i głodne więc obejrzałyśmy wszystko w parę
minut i poszłyśmy do domu, zadowolone, że zwiedzanie Paryża mamy
już z głowy. to brzmi strasznie, ale po tych paru dniach naprawdę
nie miałyśmy ochoty oglądać niczego, co możnaby określić
mianem zabytku, mimo to, że planowałam odwiedzić jeszcze mnóstwo
innych miejsc. tego dnia poszłyśmy jeszcze tylko z resztą
dziewczyn na sushi, trochę obawiając się wydania po 12 euro na
coś, co może nam w ogóle nie smakować, ale okazało się
naprawdę fajne [znowu pałeczki...], chociaż może nie na tyle,
żebym to miała jadać codziennie.

piątek i sobotę
przeznaczyłyśmy na to, co znaczna większość bab lubi
najbardziej, czyli… zakupy. powody takich działań były trzy: 1)
na początku ustaliłyśmy, że najpierw zwiedzamy, później
kupujemy; 2) bo gdybyśmy najpierw poszły na zakupy, to na bank
wydałybyśmy wszystko i nie byłoby za co jeść; 3) a w piątek i
sobotę przyjeżdżał Papa Beniu XVI i trzeba było uciec daleko od
miejsc, gdzie przebywał. zresztą w piątek przeszłyśmy obok
Notre-Dame i widok był to straszny, poustawiane na placu krzesełka
i z tyłu jakaś scena z występami wokalno-tanecznymi – miałam
nadzieję, że Papież będzie tym zdegustowany. zakupy zaczęłyśmy
od obchodzenia second-handów, których adresy spisałam
wcześniej. pierwszy do którego trafiłyśmy – Kiliwatch -
jest ponoć znany na całym świecie z tego, że można tam znaleźć
taniej ciuchy znanych projektantów. faktycznie – było taniej
i byli znani projektanci, ale co z tego, skoro i tak nie dam 40 euro
za designerską koszulkę. szybko opuściłyśmy to miejsce i
poszłyśmy dalej, trafiając do dwóch innych o normalnych
cenach i buszujących w środku tłumach. drugi second-hand okazał
się być w dzielnicy, która w moim przewodniku określona
była jako „Dzielnica żydowska i gejowska”. całkiem ładne
podsumowanie, biorąc pod uwagę, że co chwilę widziałyśmy
jakichś całujących się facetów i za chwilę trafiłyśmy
na grupę młodych żydów w kapeluszach i pejsach, stojących
obok koszernej knajpy. po second-handach obeszłyśmy zwykłe sklepy
- Bershka, H&M i tym podobne. strasznie irytujące jest to, że
we Francji te same ciuchy i w tych samych sklepach, co u nas, są
tańsze, bo cena w euro jest znacznie niższa od ceny w złotówkach,
którą w Polsce ktoś oblicza po jakimś absurdalnym kursie
sprzed 3 lat. poza tym naprawdę zabawna jest relacja ceny jedzenia
do ceny ubrania. w Paryżu za puszkę coli płaciłam 1 euro, za
dżinsy 20 euro. w Polsce puszka coli kosztuje między 1 a 2 zł, a
za spodnie trzeba zapłacić średnio między 90 a 150 zł. łatwo
więc obliczyć, że we Francji cena spodni to 20xcena coli, u nas
spodnie to mniej więcej osiemdziesięciokrotność puszki
imperialistycznego napoju. próbowałam wyciągnąć z tego
jakiś logiczny wniosek i wpadłam na następujące: a) we Francji
jedzenie jest nieporównywalnie drogie w stosunku do ciuchów
lub we Francji jedzenie jest normalne a ciuchy są tanie b) jesteśmy
tak bogatym krajem, że możemy płacić za ciuchy dwa razy tyle, co
biedni Francuzi. szlag trafia. w sobotę skoczyłyśmy na Montmartre
w celu też zakupowym. zaraz po wyjściu ze stacji przeraziło nas
jakieś targowisko, które ciągnęło się na ulicy, poszłyśmy
więc szybko w jakimś bocznym kierunku, żeby móc stanąć na
uboczu i zerknąć na mapę, gdzie iść. w zasadzie okazało się,
że na wszystkich ulicach kwitnie handel, prowadzony głównie
przez przedstawicieli hinduskiej i arabskiej mniejszości narodowej.
wszędzie sklepy z tamtejszymi ciuchami, filmami, muzyką, jedzeniem
itp. trochę przerażające. w ogóle Montmartre jest ciut
przerażające, głównie przez straszne tłumy i sklep TATI.
sklep TATI był kiedyś we Wrocławiu i miał ceny raczej średnie.
we Francji jest to chyba najtańsza marka, sprzedająca wszystko, od
ciuchów po garnki, pewnie na piłach łańcuchowych kończąc.
przerażające w sklepie TATI jest to, że ich sklep znajduje się w
połowie na chodniku, tj. nie ma żadnej witryny sklepowej, a w jej
miejscu znajduje się wielgachny kosz z ciuchami czy innym towarem, w
którym grzebią przechodnie. jeden sklep potrafi się ciągnąć
przez dobre kilka przecznic, skutecznie utrudniając przemieszczanie
się po chodniku. swoją drogą zastanawiam się, ile z tego
wystawionego towaru faktycznie zostaje kupione, a ile znika w
niewyjaśnionych okolicznościach, skoro każdy ma do tego

dostęp i jakoś
niespecjalnie widziałam, by ktoś tego pilnował. ale może to tylko
moje polskie myślenie a tam wszyscy są tak uczciwi, że nawet nie
wpadliby na pomysł wzięcia i nie zapłacenia. całkiem przypadkiem
trafiłyśmy na Plac Pigalle – ponieważ ja operowałam mapą,
założyłam, że idziemy po ulicy X. okazało się, że jednak
szłyśmy po ulicy Y, a pomyłka wynikła z tego, że ulica X
nazywała się mniej więcej Rue Z, a ulica Y – Boulevard Z [Z
oznacza tę samą nazwę]. dość zabawne było to, że w centrum
Paryża na każdym kroku można było znaleźć jakiś plakat z
papieżem, a na Montmartre chyba ludzi średnio obchodziła jego
wizyta, bo poza wspaniałymi koszulkami z Papą na tle wieży Eiffela
nic nie świadczyło o jego przybyciu.

w sobotę wieczorem
pozostało nam już tylko zrobić zakupy i spakować się, bo w
niedzielę wracałyśmy do ojczyzny. pakowanie okazało się
koszmarem, ponieważ każda z nas nakupowała mnóstwo rzeczy,
wliczając w to przynajmniej 3 butelki wina, które gdzieś
trzeba było pomieścić. o ile z pomieszczeniem nie było w moim
przypadku aż takiego problemu, to kiedy podniosłam spakowaną torbę
żeby sprawdzić, jaka jest ciężka, mało nie padłam. hicior
nastąpił w niedzielę, kiedy musiałam tę torbę zanieść do
metra a następnie od metra do autokaru. odległości niby
niewielkie, ale kiedy w ręce ma się torbę, która na bank
waży koło 20 kg, przez ramię przewieszoną następną torbę i na
innym ramieniu kolejną, wszystko staje się trochę skomplikowane.
plus miałam na sobie kurtkę, sweter, 2 topy, koszulkę i koszulę,
żebym nie musiała tego trzymać w torbie.

podróż była
koszmarem, jak zawsze. co prawde minęła mi szybciej niż jazda w
stronę Paryża, bo trochę przysypiałam, od czasu do czasu zerkając
na głupkowate komedie, które nam puszczono, problemem było
tylko to, że miejsca na nogi było trochę za mało, dzięki czemu
prawe kolano nawalało mnie przez całą drogę, zaś od czasu do
czasu cierpła mi lewa stopa. spałam od 23 do 1 w nocy, jak już się
obudziłam to nie zasnęłam i do 5 rano podziwiałam drogę,
wypatrując jakiegokolwiek punktu orientacyjnego w postaci tablic
informacyjnych [myśli Ceri: "nudy... nudy... nudy... o,
Drezno... za 200 km... o rany... nudy... nudy... nudy..."]. w
końcu dotarłam do domu, uradowana, że przekimam się we własnym
łóżku, ale ponieważ nie jestem do końca normalna, uznałam,
że piąta rano to idealna pora, by się rozpakować, co też
uczyniłam. a spać poszłam o szóstej.

po obudzeniu się ułożyłam wszystko, co kupiłam, na stole.

2c komentarze/y do paris is burning

  • juriusz

    Jesteś na dobrej drodze do notek kilkudziesięciu stronicowych, tylko coś się pokłóciłaś z dużymi literkami ;>
    Myślałem, że ja ostro oszczędzam, ale jednak kupiłem sobie ten bilet na metro, za to jadłem po parkach. No i tak, pełno rzeczy u imperialistów jest taniej niż w tej cholernie bogatej Polsce.

  • potti

    ej, to mało kupiłaś jak na ten obszerny opis.

    w ogóle to też chcę taki eurotrip!

Odpowiedz potti Anuluj

  

  

  

Możesz użyć tych znaczników HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>