Kategorie

  • Brak kategorii

opowieści ludowych część pierwsza

tekst napisany w bólach i męczarniach przez istotę nazywaną przez niektórych Ceri (a przez niektórych inaczej nieco).

Ciemność dawno już nad polami pszenicy zapadła a chłopi do chałup swych powróciwszy, pracami domowymi się zajęli, natenczas nie zwracali uwagi na to, że krowy w oborze niespokojne się zrobiły a kogut piać zaczął. Prace domowe tak zajmowały chłopów, że świata Bożego poza nimi nie wiedzieli, oczywiście do czasu, aż baby spać iść im kazały, bo nazajutrz przed świtem wstać trzeba. Wówczas chłopi podniósłszy wzrok znad codziennej gazety i ujrzawszy małżonki swoje, stare, grube i brzydkie, od stołu wstawali, ubierali się i wychodzili z domostw, do karczmy się kierując. Karczma jak zwykle pełna o tej porze była, zarówno chłopów, jak i szlachty, przybyszów z daleka, kobiet lekkich obyczajów oraz księży, które bractwo to nawrócić usiłowali, jednakże szybko siłą zmuszani byli do opuszczenia tego przybytku zła i nieczystości wszelakich. Tedy księża wychodzili i grozili, że z tego na pewno coś złego dla wsi wyniknie, ale wtedy niech nikt do nich po ratunek od potępienia wiecznego nie przychodzi. Goście karczmy śmiali się z tego i z księży szydzili, ich przepowiedniom wiary nie dając.

Do czasu, gdy kara Boża na wioskę padła.

****

Andrzej Byryca dobrym chłopem był. Czterdziestoletni, wysoki, silny, może i niezbyt mądry, ale muchy by nie skrzywdził. Mieszkał z żoną i czwórką nieznośnych dzieci w starym domu na lewym krańcu wsi. Bogaci nie byli, ale dobrze im się żyło.

Był już świt, kiedy Byryca wracał z gospody do domu. Myślał o tym, ile to różnych dziwnych opowieści tej nocy się nasłuchał, o duchach jakichś, potworach, demonach i innych sługach Złego, które, wedle opowieści i legend ludzi niewinnych nękają. Ot, taka Południca chociażby: człowiek pracuje całymi dniami na polu, by rodzinę wyżywić, a tu przychodzi ci dziewka jakaś i mówi, że już na ciebie czas, albo podstępnie dzieci z domu wykrada i w rzece topi. I za co to, panowie, za co ?

Andrzej przerwał swe rozmyślania, gdy dostrzegł żonę swą, która u furtki czekała. „Cóż to się stać mogło?” – myślał chłop. Postanowił więc pobiec, by czem prędzej dowiedzieć się o co chodzi. Żona bez słowa wyjaśnienia kazała mu do obory iść, dopiero, gdy przed jej drzwiami byli, rzekła: „Pamiętasz ty Jędruś tą krowę, co mleka dawać nie chciała?”. „A jakże, pamiętam !” – powiedział Byryca. „No widzisz Jędruś, ona wczoraj w nocy się ocieliła.” – głos kobieciny zniżył się do ledwie słyszalnego szeptu. Andrzej zaś, do krowy podszedłszy i cielaka ujrzawszy, wykrzyknął: „Rany Boskie, Helena, po sołtysa ty biegnij i natychmiast mu o tym powiedz !”.

***

Wiadomość o tym, że u Byryców czarne cielę z trzema głowami i dwoma ogonami się urodziło, obiegła wieś jeszcze tego samego dnia. Chociaż sołtys zakazał powiadamiania o tym księdza, duszpasterstwo i tak się o tym dowiedziało i z satysfakcją rozgłaszało, że to kara od Samego Boga.

Następnej nocy do karczmy niewielu chłopów przyszło, szlachty zaś było tyle co zwykle, gdyż nie wierzyli oni w przesądy i uznali, że trzygłowe cielę to po prostu przypadek. To samo mówili, gdy w każdym kurniku we wsi kury zaczęły czarne jajka znosić, a z nich wykluwały się trzygłowe pisklęta. Wówczas chłopi w ogóle przestali karczmę odwiedzać, nadto ustawili straże przy kurnikach i oborach, by nikogo nocą do środka nie wpuszczać. Następnego dnia wszystko do normy wróciło a wszystkie czarne jajka, trzygłowe pisklęta i trzygłowe cielę zniknęły. Jednakowoż wraz z końcem problemów u chłopów, problemy u szlachty się pojawiły.

***

Północ już była, kiedy silny wiatr na dworze się zerwawszy drzewa powywracał, dachy z chałup postrącał i zboże na polach szlachty poniszczył. Gdy o świcie chłopi na polu pańskim stanęli zaczęli lamentować i bać się, jaką to im karę pan w gniewie da.

***

Zbysław Trzebnicki był właścicielem małego folwarku na obrzeżach wsi. Był samotny, często więc przychodził do pobliskiej gospody. Ostatnio wrócił z niej jeszcze przed północą, a wszystko przez wiatr, który wściekle huczał za oknami.

O świcie Zbysława obudziło pukanie w okno. Wściekły przez tak wczesną pobudkę, ubrawszy się szybko, wyszedł przed dom, gdzie natychmiast okrążyła go grupka chłopów i różne rzeczy wykrzykiwać zaczęła. Pan Trzebnicki nic zrozumieć z tego jazgotu nie mógł, uciszył więc swych wasali i powiedział, by jeden z nich mówił, co się stało. Mówić zaczął Zenek Frycz, który jako pierwszy na pole przybył przed świtem jeszcze.

- Łolaboga, panie Trzebnicki, wszystkie zboże zniszczone ! To samo na polach innych szlachciców ! Leć pan, sam zobacz !

I tak też zrobił Zbysław Trzebnicki, a ujrzawszy pole swe, klnąć szpetnie zaczął. Usłyszał to ksiądz, który przechodził tamtędy i natenczas krzyknął: „Panie Trzebnicki, tu tylko pokora, nie przekleństwa coś dadzą ! Ostrzegałem ja was wszystkich, teraz zaś lamentujecie !”.

Lecz nie była to ostatnia kara, jaka szlachciców spotkała.

***

Następna noc była aż nadto spokojna. Ludzie, którzy zgromadzili się w gospodzie, próbowali zapomnieć o tym, że ich tegoroczne plony nie nadają się już do czego innego poza spaleniem lub karmieniem nimi koni, szukali więc pocieszenia u kobiet lekkich obyczajów i w butelce wina.

Chłopi spali w swych chałupach, zmęczeni po całym dniu ciężkiej pracy. Nie usłyszeli więc, że koguty zaczęły piać, a krowy zrobiły się niespokojne.

***

Było jeszcze przed świtem, gdy Zenon Frycz pojawił się na polu Zbysława Trzebnickiego. Chwilę po jego przyjściu nadeszli: Józef Glina, Wacław Oleśnicki i Marian Pastuch.

- No, panowie – powiedział Zenek Frycz. – Po kielonku i do roboty !

Jak powiedział, tak też zrobili. Skoszenie całego pola pszenicy nie było zadaniem łatwym, biorąc pod uwagę, że chłopi tępymi kosami się posługiwali, na dodatek niezbyt pewnie stali na własnych nogach. Koło południa przerwę sobie zrobili i następną flaszeczkę Zenek zza pazuchy wyciągnął.

- No, panowie – powiedział. – Po kielonku i do roboty !

Jak powiedział, tak by zrobili, gdyby nie to, że butelka wypadła z Zenka rąk i stoczyła się do rowu. Zenek, bo to dziarski chłop był, natychmiast skoczył za nią i gdy już z dna pustego rowu butelkę wyciągać miał, usłyszał głos niewieści:

- Czas już na ciebie.

Zenek głowę do góry zadarł i ujrzał przed sobą niewiastę wieku młodego, o licu bladym i włosach złotych jak kłosy pszenicy, zaczesanych w dwa grube warkocze. Tak się jej urodą zachwycił, iż o flaszce zapomniał i odszedł za tajemniczą niewiastą metrów kilka, aż padł na ziemię jak piorunem rażony. Wtenczas podszedł do niego Wacek Oleśnicki i powiedział.

- Wstawaj Zenek, nie wygłupiaj się, robota czeka.

Zenkowi jednak nie dane było już skończyć roboty. Kiedy podszedł do niego Józek Glina, uklęknął przy nim i osądził: „Nie żyje.” . Wtedy dopiero Marian Pastuch zrozumiał, co wydarzyło się tego południa.

- Ta dziewka, to była Południca ! To jej sprawka ! Odebrała życie Zenkowi, odbierze i nam ! Uciekajmy, uciekajmy ! – wykrzyknął a dwaj jego towarzysze pobiegli razem z nim do Zbysława Trzebnickiego, by powiedzieć, co się wydarzyło.

***

Wieść o zjawieniu się Południcy rozeszła się po wiosce jeszcze szybciej, niż plotka o trzygłowym cielaku. Z początku nikt w to wierzyć nie chciał, głównie dlatego, że świadków zdarzenia na kilometr można było wyczuć po zapachu taniej wódki. Jednakże zagadkowe śmierci, powodowane przez rzekomą Południcę coraz częściej się zdarzały i zawsze tym, którzy często w gospodzie bywali. Ksiądz korzystając z tego znów wygłaszał z ambony kazania, na których zjawiało się coraz więcej ludzi, a gospoda powoli biedniała i coraz mniej osób miejscowych ją odwiedzało.

Lecz zjawił się dnia pewnego kupiec bogaty, który w gospodzie dwie noce spędził, później zaś u Byryców zamieszkał. Częstym gościem w gospodzie był, każdą niemal noc tam spędzał, tłumacząc, że książkę o życiu na prowincji pisze. Dowiedziawszy się o miejscowej legendzie o Południcy, postanowił sprawdzić na własnej skórze, czy to prawda. Razu pewnego wybrał się na pole i na ziemi usiadłwszy, czekać postanowił, aż południe nadejdzie. Kiedy zaś słońce przeniosło się najwyżej, jak tylko mogło, usłyszał głos czyjś za plecami.

- Czas już na ciebie.

Wtenczas kupiec odwrócił się, na widok młodej dziewczyny ze złotymi warkoczami uśmiechnął się i rzucił się na nią, a gdy już ją na ziemię przewrócił, związał i workiem nakrył, zarzucił ją sobie na ramię i tak do domu Byryców wrócił.

***

Wraz z pojmaniem Południcy ludzie ze wsi umierać przestali. Znów wróciło wszystko do normy i gospoda coraz więcej gości miała. Tym razem jednak ksiądz nie dowiedział się, dlaczego tak się dzieje – uwięzienie Południcy było najbardziej strzeżoną przed nim tajemnicą, a ci, którzy odważyliby się powiedzieć o niej księdzu, marnie by skończyli.

Nic jednak wiecznie trwać nie może, bo taka kolej rzeczy jest, i choć żaden człowiek przed księdzem się nie wygadał, odpowiedni ludzie i tak wiedzieli, co stało się. I nie tylko ludzie o tym wiedzieli.

***

Andrzej Byryca, mimo tego, że północ już dochodziła, nie spał, jeno w kuchni siedział i z kupcem gadał. Chciał się dowiedzieć, jak długo Południca w jego stodole mieszkać będzie, i co właściwie z nią zrobić ? Jeść przecie musi, a nikt nie jest na tyle odważny, by do stodoły teraz wejść. I co właściwie Południce jedzą ?

Przez wzgląd na hałasy w kuchni, żona Byrycy nie miała szansy usłyszeć, co się w tym czasie na dworze działo. Nie usłyszała krzyku chłopa, który przed drzwiami stodoły spokoju i ciszy nocnej pilnował. Nie usłyszała, bo i krzyku żadnego nie było.

***

„Że też zawsze nawalić coś musi” – myślała Śmierć, idąc przez podwórze u Byryców. – „Tak długo spokój był, a tu nagle ksiądz jakiś wymyślił, że kara spaść na wieś musi. No a skoro musi, to i spadła. Ale chłopi okazali się sprytniejsi, niż wszyscy sądzili. No, w sumie nie chłopi, tylko ten kupiec, jak mu tam było…” – Śmierć sięgnęła do kieszeni w czarnym płaszczu i kartkę zgiętą zeń wyciągnęła, na kartce zaś gotykiem napisane było imię i nazwisko kupca. – „A, no tak. Karol Wodecny. Zdaje się, że poeta i pisarz…”

Śmierć poruszała się niezwykle cicho, więc stróż, pilnujący wejścia do stodoły, nie usłyszał jej i zauważył ją dopiero na chwilę przed swą śmiercią. Nie zdążywszy zawołać o pomoc nawet, bez ducha na ziemię się osunął, a Śmierć do stodoły przez zamknięte drzwi przeszła.

- No, no, nieźle cię urządzili – rzekła Śmierć, Południcę spętaną niczym złodzieja jakiego ujrzawszy. Siedziała taka wymizerniała i blada przy stogu siana, a obok niej stary kot spał i przez sen mruczał.
- Kto by pomyślał, że wieśniacy mogą być tacy sprytni – odpowiedziała Południca, wykrzywiając strasznie twarz w ponurym uśmiechu. – Ale ludowych legend zbyt dobrze nie znają, bo inaczej przychodziliby tutaj od czasu do czasu.
- No tak, w końcu Południca tylko w południe pracuje. Ehhh, co ja bym dała za siedmiogodzinny tydzień pracy, tylko po godzinę w każdym dniu – westchnęła Śmierć i rozwiązała koleżankę po fachu. – No, zbieramy się, robota czeka.

Kiedy Śmierć wraz z Południcą ze stodoły wyszły, ujrzały przed sobą trzy przerażone postacie. Pierwsza była wysokim mężczyzną o twarzy typowego, wiejskiego parobka, ubranym w wytarte spodnie i koszulę w biało-czerwoną kratkę. Druga była niską i grubą kobietą, ubraną w długą spódnicę w wielkie kwiaty i biały, zapinany sweter, w dłoni zaś zapaloną świecę trzymała. Trzecia postać była mężczyzną średniego wzrostu, który nie wyróżniał się zbytnio ubiorem, w lewej ręce trzymał siekierę, w prawej zaś pęk sznurka. Postacie z przerażenia nie były w stanie z miejsca się ruszyć.

- Który to ? – Śmierć zapytała Południcę.
- Ten – Południca pokazała palcem na mężczyznę z siekierą. – Ten mnie porwał ! Zabić dziada !

Śmierć uśmiechnęła się upiornie, złapała kościstą dłonią szyję mężczyzny i przyciągnęła do siebie.

- Spójrz mi w oczy – rzekła i nagle w jej pustych oczodołach zapaliły się dwa wściekle zielone płomienie. Po chwili puściła szyję swej ofiary, ona zaś padła na ziemię i nic nie wskazywało, by żyła.
- A na was jeszcze nie nadszedł czas – powiedziała do Byryców i odeszła wraz z Południcą, która pomachała Andrzejowi Byrycy na pożegnanie. Kiedy postacie z zaświatów zniknęły już z podwórza, żona rzekła do męża swego:

- Jędruś, co my z nim zrobimy ? – i wskazała na nieżyjącego już pisarza.
- Na razie wrzucimy go do stodoły a rano damy go grabarzowi, dołączając butelkę bimbru – odrzekł Andrzej Byryca.

***

Gdy wszystko wróciło do normy, a na polach znów Południca pracę swą wykonywała, coraz mniej ludzi do gospody przychodziło, aż w końcu jej właściciel zmuszony był ją zamknąć.

- Diabli tego księdza nasłali – mówił do swej żony, drogowskaz z pobocza głównej drogi wykopując. – Interes tak dobrze się kręcił, a on wszystko popsuć musiał.
- Nie bluźnij, Jontek – powiedziała mu żona. – Bo cię znowu z ambony wyklną !

***

Ksiądz bardzo zadowolon był z zamknięcia gospody. „Nareszcie siedlisko zła zniknęło z powierzchni Ziemii !” – myślał, schodząc do piwniczki z winem. Po chwili świętował sam ze sobą własną wygraną, śpiewając przy tym głośno i z pewnością dobrego przykładu parafianom nie dając. Kilku chłopów widziało go, jak chwiejnym krokiem szedł, podśpiewując sobie pod nosem i butelkę wina pod pachą trzymając. Było wtedy wcześnie jeszcze, przed ósmą chyba nawet było.

***

Ksiądz siedział na polu pszenicy i popijał najlepsze wino z piwnicy swojej parafii. W głowie już nieźle mu się kręciło i z mówieniem spore problemy miał, co jednak nie przeszkadzało mu układać sobie planów, wyprzedzających daleko czasy obecne.

- A kiedy już zostanę kardynałem… – mówił sam do siebie. – Kiedy kardynałem zostanę, to… To będę kardynałem ! – stwierdził i pociągnął z gwinta. Spojrzał w niebo, na którym słońce było już wysoko, bardzo, bardzo wysoko. I kiedy tak patrzył w niebo, usłyszał za sobą damski głos:

- Czas już na ciebie…

***

Ludzie, którzy znaleźli ciało księdza, nie kryli wcale zadowolenia z jego nagłej śmierci. Pierwszy raz dziękowali Południcy za to, co zrobiła. Właściciel gospody otworzył ją ponownie i znów zaczęli w niej zbierać się goście, zarówno chłopi, jak i szlachta.

A Południca więcej już wsi nie nawiedzała.

1 komentarz do opowieści ludowych część pierwsza

Odpowiedz

  

  

  

Możesz użyć tych znaczników HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>